Życie to nieustająca wędrówka, nawet jeśli żyjesz w jednym miejscu. Niby to trywializm, niby truizm, ale za tą pozornie silącą się na intelektualizm frazą kryje się coś więcej. Chcąc rozwinąć tę myśl, przychodzą mi do głowy liczne antropocentryczne schematy: „kim jesteśmy i dokąd zmierzamy”, „to, kim jesteśmy, zależy od ludzi, których spotykamy na swojej drodze”, „ludzie-koty chodzą własnymi ścieżkami”, a nawet literackie nawiązanie do Quo vadis Henryka Sienkiewicza, czyli „dokąd podążasz”. Chciałoby się rzec, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, jednak dzisiejszym miastem piętrzącym się na siedmiu wzgórzach jest Quebonafide, a raczej motyw Homo viator, który rozpościera się na jego Egzotyce.
O co chodzi z Homo viator?
Nie bez powodu użyłem analogii oscylujących wokół drogi, ponieważ Homo viator z łaciny oznacza po prostu „człowieka-wędrowca”. Jest to pojęcie filozoficzne określające człowieka jako istotę ciągle poszukującą sensu – kogoś, kto zmierza ku wyznaczonemu celowi. W kontekście filozoficznym człowiek jest istotą niedokończoną, jego życie stanowi proces, ale on sam nigdy nie osiąga pełni. Żywot jest tu drogą ku prawdzie i spełnieniu. Koncepcję tę rozwijał m.in. Gabriel Marcel, przedstawiciel chrześcijańskiego egzystencjalizmu. Z kolei w tradycji chrześcijańskiej homo viator to człowiek-pielgrzym na ziemi, a życie doczesne jest traktowane jako etap w drodze do życia wiecznego. Co ważne, motyw pielgrzymowania pojawia się w wielu nurtach kultury.
Biorąc pod uwagę kontekst antropologiczny, człowiek zmienia się pod wpływem doświadczeń i poszukuje własnej tożsamości – droga nie musi mieć wymiaru duchowego, lecz symbolizuje rozwój osobowości oraz zdobywanie wiedzy o sobie i świecie. Ostatnim kontekstem jest kulturowo-literacki, w którym ścieżka staje się metaforą życia i dojrzewania. Niezależnie od ujęcia, homo viator to wizja człowieka w drodze. Wydaje mi się, że Egzotyka Quebonafide stanowi tego idealny przykład.

Quebonafide i jego Egzotyka
Egzotyka to album wydany w 2017 roku. Co istotne, powstawał podczas podróży po całym świecie, a każdy utwór był inspirowany innym krajem. Na podstawie zebranych doświadczeń Que tworzył numery, w których opisywał m.in. lokalną kulturę i klimat, ale też własne emocje oraz refleksje. Ten współczesny Odyseusz trafił w punkt, jeśli chodzi o realizację motywu Homo viator. Mimo że w storytellingu króluje chociażby Taco Hemingway, to konceptualizm zawarty w Egzotyce jest nie do pobicia. Sęk w tym, że motyw ten nie pojawia się w tylko jednym numerze, ale w każdym z osobna, tworząc spójną całość. Przejdźmy więc krok po kroku po tej wydeptanej ścieżce.

Oh My Buddha
Wędrówkę muzycznego homo viator rozpoczyna utwór Oh My Buddha, którego akcja rozgrywa się w Azji, a dokładniej Bangkoku. Nie licząc intro, numer zaczyna się dosyć naciąganą przez fanów analogią do Szlugów i kalafiorów „To miasto pachnie”. Jak dla mnie wiążę się to głównie z mieszaniną woni w tym dosyć charakterystyczny street food czy też kontenery wypełnione po brzegi umieszczone niedaleko punktów gastronomicznych, co bardzo dobrze widać na klipie. Potem mamy do czynienia z nawet kreatywną grą słowną (za to między innymi umiłowałem sobie muzykę od Que) „Ja walczę z bombą i mam ochotę na rozejm”. Dotyczy to imprezowego stylu życia, który przypadał na tamten okres wycieczkowiczów. Komentarz do tekstu użyczył sam Kuba, który na kolejny wers „Wdychając w nozdrze ten dziwny zapach przez katar”, odpisuje, że miał na myśli przesiadkę, która była w Katarze, gdzie lotnisko miało być na tyle klimatyzowane, że się przeziębił. Dalej raper kontynuuje rysowanie azjatyckiego świata, mimo że utwór jest skoczny i wesoły, to słowa wskazują na coś innego np. „Dla większości życie jest jak tortury (litości). Obskurne zabudowy, rynsztokowy bieg”. Quebonafide trochę niszczy powagę nawiązaniem do Gwiezdnych Wojen, ale dalej buduje brutalizm świata „Jak rak w miejskim ciele, świątynie, burdele i oba te cele walczą tu ze sobą jak Yoda z Vaderem”. Dla niektórych może to być nieoczywisty intertekstualizm, ale chodzi głównie o walkę dobra ze złem w interpretacji Georga Lucasa. Mając na uwadze klimat utworu, trzeba nadmienić, że dosyć mrocznie wypadają wersy „Zabawne, jak łatwo hodować złudzenie. Kolejne spojrzenie przez brudną szybę, zmienia perspektywę na wymuszony uśmiech. To on jest spoiwem tych wszystkich rozrywek”. Autor daje do zrozumienia, że muszą przymknąć oko na panujące zło, żeby dobrze wykorzystać czas. Druga zwrotka jest bardziej odbiciem w tę imprezową stronę. W pierwszych czterech wersach chodzi głównie o gastronomię i używki, potem używając nawiązania do piłkarza, alarmuje o kontynuowaniu zabawy. Potem znajdziemy również nawiązanie do filmu Kac Vegas, jednak strukturę całego utworu można zamknąć wersem „Euforia i Agonia naraz; Kyrie Eleison”.
Quebahombre
Drugim wyraźniejszym nawiązaniem do homo viator jest Quebahombre. W tym numerze Kuba wciela się w jednego z mieszkańców Meksyku i rapuje o panujących realiach oczami obywatela. Tam nazywa rzeczy po imieniu, bo nadaje sobie miano pielgrzyma, który odgrywa istotną rolę we wcześniej wspomnianym motywie. Z jakimi wyzwaniami natury zasadniczej borykają się tubylcy? Kuba, mimo że cały utwór traktuje o meksykańskich paradoksach rzeczywistości, zamyka to w jednym wersie „Leje się krew, tequila i ropa naftowa w pełnym słońcu”. Mam nadzieję, że nie strywializuję problematyki utworu, ale to o czym rapuje Quebonafide dobrze widać w netflixowym Narcosie, który przedstawia brutalną historię kolumbijskich karteli narkotykowych. Kryzys widoczny jest aż do dzisiaj. Wiąże się to z kolosalną przewagą militarną, niestety na korzyść karteli. Szeregi syndykatu zasilają niekiedy byli wojskowi lub terroryści, co w połączeniu z uzbrojeniem, daje siłę nie do przebicia. Kuba parafrazuje również słowa Porfirio Diaza „Poor Mexico, so far from God and so close to the United States!”. Kilka wersów później w poetycki sposób określa mieszkańców „Gorące spojrzenia, wśród zimnych uliczek”. Jednak coś, co może wstrząsnąć to słowa „I tyle samo tu piękna, co krzywdy. Mimo że co drugi ma naszyjnik z krzyżykiem”. Jak wiadomo, tamtejsza ludność jest głównie wyznania katolickiego, a do tego kraj skrywa wiele pięknych i zapierających w dech piersiach krajobrazów. To w rezultacie daje brutalny i tragiczny kontrast, gdzie chrześcijanie uwikłani są w wojny gangów i każdy możliwy nielegalny interes. Sytuację tę podkreśla wersem, a właściwie kontrastem „To prawdziwe życie, a nie telenowele. Policja, kartele i oba te cele to jeden interes ze wspólnym portfelem”. Refren z kolei jest ekspresją wolności, którą zaznał Kuba w Meksyku. Alter ego na zmianę z raperem wymienia się kolokwializmami. Widać tu wyraźną zabawę formą, ale to, co gra pierwsze skrzypce to jego specyficzne i nad wyraz przekimione gry słowne, które ujmują mnie aż do dzisiaj. Przykładowo może nie na samym początku, ale w drugiej zwrotce widnieją wersy „Zaczaisz, jak zobaczysz twarze za miedzą, które marzną, by zamienić Tijuanę w San Diego”. Gdyby nie komentarz samego rapera i posiłkowanie się Geniusem, nie wiedziałbym, że termin „za miedzą” odnosi się do czegoś poza granicami państwa, a Tijuanę i San Diego oddziela niewielka odległość, ale to, co ich różni to gospodarcza przepaść. Wrażenie z kolejnymi wersami jedynie narasta „Zaczaisz, jak zobaczysz nasze miasta, ruiny… Na których świat się zaczyna i kończy, mówimy, że tu się rodzą bogowie, a Aztekowie zostawili piękne ślady po sobie”. To natomiast ma odnosić się do nie tylko pięknych krajobrazów, ale też o przewidywanie końca świata i kultowy już zegar zagłady z azteckim kamieniem Słońca. Kuba łagodzi trochę utwór, przywołując aparycję rdzennych kobiet „A Aztekowie zostawili piękne ślady po sobie… Zaczaisz przy kobietach na Playa Del Carmen”. Ostatnia zwrotka dotyczy niesprawiedliwości wobec kobiet, ale też o przestępcach, którzy proszą Boga o wybaczenie, jednak nie kończy ona numeru, a robi to outro, które jest w języku hiszpańskim i jest nim fragment utworu La chispa adecuada. Można powiedzieć, że Quebahombre to trochę raportaż wcieleniowy meksykańskiego mieszkańca.
Szejk
Cytując klasyk jednego wąsatego pana „No to teraz porozmawiajmy o pieniądzach. Zauważyliście? Wszyscy teraz rozmawiają o pieniądzach…”, bo mowa będzie o przepychu i to niestety nie pierwszy i nie ostatni raz. Chciałbym rzec, że w tym przypadku Kuba wciela się w tytułowego szejka, ale bliżej mu do cynika, dla którego liczył się tylko pieniądz. Dialog w tle prowadzony wraz z kolegą po fachu Solarem, daje nam do zrozumienia, że wszystko jest dobrze ukartowanym wizerunkiem. Taka gra w grze, bo pokazując przepych, jednocześnie staje się jego satyrą. Po krótkim intro wita nas refren, który jest swojego rodzaju parafrazą jednego z utworów Maryli Rodowicz „Kasa i sex”, tyle że do kasy dochodzą jeszcze „fury, ciuchy, hazard i seks”. Pierwsza zwrotka, a właściwie cały utwór jest zwrotem do adresata, który w zamyśle jest szarakiem, który marzy o byciu bogatym. Wskazuje na to „Czytasz tu listę wprost i polski biznes sort”, czy może „Śnisz o tej Visie Gold”. Potem nieco dosadnie punktuje tak zwany hajs dla hajsu. Korzystający z życia szejk również krytykuje kobiety, których traktowanie podyktowane jest jedynie materializmem i powierzchnością. Oprócz tego dodaje też wątek, który dotyczy nie tylko raperów, ale i każdego z nas. Mam na myśli „zazdrosnych szczeniaków, które wciąż mi patrzą w kieszeń”. Chcąc nie chcąc, jest to częsta praktyka pośród osób, których boli sukces innych. W ostatniej zwrotce, która o dziwo nie kończy numeru, pozostaje jeszcze kilka wątków. Autor dalej gra wizerunkiem, ale przy tym demistyfikuje idoli z młodości, ale też idealizuje bunt wobec instytucji i systemowi, co raczej jest rdzeniem rapu. Pozostaje przy tym zgrabnie ujęty motyw przetrwania. Zwieńczeniem utworu jest wymiana zmian, gdzie presja Solara, który dyktuje ową zabawę wizerunkiem, podsumowana jest przez Kubę, który odpowiada w bardziej niż ostry sposób. Dokonują oni destrukcji bollywoodzkiego mitu. Que odczuwa wstyd wywołany własną relacją z pieniądzem. W obliczu skrajnego ubóstwa w New Delhi postrzega jako tupet i niedojrzałość. Co najważniejsze odsłania hipokryzję bogatszych części świata i oczywiście sceny rapowej. Autor eksponuje paradoks, w którym to właśnie ubodzy Indyjczycy pracują dla czołowych koncernów. Warto tu przytoczyć krótki film, można powiedzieć, że dokumentalny pt. Koszmar DUBAJU – Mroczna Tajemnica, Którą Ukrywają, gdzie fragment „Wyzysk”, naświetla problem mieszkańców Indii, którzy imigrują z myślą o sukcesie zawodowym, żeby w ostatecznym rozrachunku skończyć gorzej niż w rodzimym kraju. Autora męczą wyrzuty sumienia z powodu prezentowania się w markowych rzeczach na tle skrajnej biedy, a wers „Więc powiedz mi, co powinienem zrobić, […] może chodzić boso?” jeszcze potęguje ten efekt.
Bollywood
Kolejnym krokiem na quebowskim homo viator, jest Bollywood. Obraz indyjskich realiów, o którym trudno mówić, a jeszcze ciężej patrzeć. Niech nie zwiedzie Was tytuł odwołujący się do przesadnie wyglądających filmów. Utwór otwiera intro, będące refrenem Szejka. Stanowi on lekki wstęp do refleksji, bo numer Bollywood jest na tyle poważny, że nie ma w nim nawet krzty cynizmu. Tematyka utworu jest poważna. Kuba razem z Czesławem Mozilem przedstawiają patologiczny i tragiczny obraz, który kontrastuje z ich dotychczasowym życiem. Pierwsza zwrotka zaczyna się od konkretów. Quebonafide obrazuje siebie trzymającego banknoty, które same w sobie są dość ironiczne. Nominał, jakim dysponuje autor to banknot waluty indyjskiej, na której widnieje wizerunek uśmiechniętego Mahatmy Gandhiego. Na tym jeszcze nie koniec. Kontynuuje wersem „Te pliki to okoliczność, to powtarzam jak mantrę”. Kuba daje nam do zrozumienia, że to, co ma, zawdzięcza między innymi darom losu. Brnąc w tematykę dalej, uwidacznia swoje wyrzuty sumienia słowami „Mówić, ile zarabiam na minutę, miałem tupet. A karma wraca, od tej forsy znów się czuję biednie”, a nawet „Traktował to, co mam jak przekleństwo […] Więc powiedz mi, co powinienem zrobić, […] może chodzić boso?”, jeszcze potęguje ten efekt. Oprócz tego utwór bazuje na kontrastach, ale nie tylko w formie sacrum, ale i profanum, bo przytacza „drugą stronę Bollywood, w którym gra wesoły refren” odwołując się jednocześnie do drugą stronę miasta Bombaj, gdzie miasto epatuje luksusem. Czesław Mozil z kolei w refrenie zadaje pytania retoryczne „Gdzie te uśmiechy jak z Bollywood?”, żeby potem zmusić słuchacza do wcześniej wspomnianej refleksji słowami „Jeżeli życie cię boli, cóż popatrz z góry w kolorowe Nike’i”. Kuba wspomina również o żebrakach, którzy proszą o tzw. darki przy luksusowych samochodach. Kolejny kontrast. Wartym wyróżnienia jest wers „Człowiek wolny jak ptak krąży (bo ludzie to sępy)”. Zachodzi tu gra słowna, bo użyty frazeologizm faktycznie odwołuje się do wolności, jednak tu przypisuje mu się pejoratywne znaczenie, dodając wzmiankę o sępie. Ostatnim wątkiem zamykającym utwór jest stosunek do tamtejszych kobiet. Po pierwsze widząc obywatela innego kraju, kobiety są zafascynowane, będąc przyzwyczajonymi do skrajnego ubóstwa. Tutaj rodzi się kolejny kontrast. Outro dopowiada nam część historii, bo jest to część tekstu, ale już bez akompaniamentu, zwykłe acapella, w którym kobieta staje się łupem. Co można rozumieć jako zarówno wykorzystanie, jak i śmierć. Lubię wracać do tego numeru, bo to kawał dobrej hip-hopowej roboty, ale tekst jest na tyle nieprzyjemny, a raczej jego tematyka, że zmusza do refleksji i zostaje na długie dni, tygodnie, a nawet lata.
Luís Nazário de Lima
Przyszedł czas na najmniej lubiany utwór i to chyba nie tylko przeze mnie, niemniej jednak zostawił on ślad na ścieżce, którą podążamy, więc i go muszę przytoczyć. Przed Wami Luís Nazário de Lima. Jest to bardzo luźny utwór, bo odbiega od obrazowania realiów, a bardziej skupia się na beztroskich czasów życia z dzieciństwa, choć i ten zostaje nieoderwany, bo to w końcu czasy, kiedy pieniądz się nie liczył, a każdy z nas biegał w podartych trampkach. Coś jak dla mnie bardziej przystępny Kękę i jego numer Stara gwardia. Quebonafide zaczyna od retrospekcji i opowiada właśnie o czasach, gdzie nie liczyła się impreza, a zamiast tego „kopanie w gałę”. Po dźwięcznym refrenie następuje druga zwrotka i tutaj już mamy do czynienia więcej z opisu otaczającego go ówcześnie świata. Autor daje do zrozumienia, że tamtejsi ludzie nie mają większych perspektyw, dlatego próbują swoich sił w sporcie kopanym. Co ciekawe w tym lekkim utworze pojawia się nawiązanie do Wiktora Hugo, który zaczyna się słowami „Przyszłość ma wiele imion”. Dla fanów footballu? Jak najbardziej. Dla mnie? Kategoryczne nie.
Madagaskar
Nie wiem, czy to zasada kontrastu, ale zaraz po znienawidzonym przeze mnie Luís Nazário de Lima, przychodzi, nie wiem nawet, czy nie pierwszy numer, który słyszałem ze stajni Quequality, czyli Madagaskar. Mówię to zawsze, kiedy mogę, ale pamiętam jeszcze, jak katowałem ten utwór zaraz przed maturami. Tutaj mamy do czynienia z bardzo konkretnym Que i jeszcze konkretniejszym flow. Raper odnosi się do swojej przeszłości, a czarnobiały klip dodaje jeszcze temu uroku. Intro w tym przypadku przedstawia nam, z czym mamy do czynienia, bo to w nim Kuba uchyla lekko prawdę o swoim ojcu, który miał mieć lewy biznes oraz matce, która miała wizję prawdopodobnie dotyczącą planu na życie autora. Mógłbym zażartować sobie słowami Kiza „kiedyś nie miałem, teraz mam” i tak zaklasyfikowałbym ten numer. Co prawda za bardzo go lubię, żeby skończyć takim banałem. Kuba tym utworem stara się zobrazować swoją ścieżkę, od brudnych blokowisk, gdzie dzieciaki biegają z towarem, po obecne luksusy. Druga zwrotka również przybliża nam sylwetkę rapera, bo wspomina o swojej siostrze, która była oparciem w trudnych sytuacjach. Pojawia się także wzmianka o selekcji w dobieraniu kompanów. Twardości dodaje jeszcze tekst z intra „W pierwszej kolejności swoim, później ludziom w Indiach”, bo zaznacza tym bezwzględność swojego stada. Jak dla mnie perła na Quebowskiej Egzotyce.
Changa
Potem jawi nam się Changa, która również dotyczy Afryki, ale już w większym stopniu. Egzotyka w głównej mierze skupia się na obrazowaniu rzeczywistości innych narodowości i tak jest też w tym przypadku. Muzyczna oraz filozoficzna refleksja powstała przy gościnnym udziale iFaniego, czyli południoafrykańskiego rapera, a ja nawet określiłbym go mianem celebryty. Mniejsza z tym, bo nad numerem musimy trochę podywagować z powodu jego wielowątkowości i wielowarstwowości. Na pierwszy ogień idzie tytułowa Changa, która odnosi się do rytuałów zażywania DMT, przez co autor stawia się na równi z Bogiem. Coś jak w Dziadach Mickiewicza, tylko unowocześniona wersja. Natomiast głównym motywem jest wolność, która ma swoje miejsce w wyliczeniu, a ta z kolei ma zarówno duchowy, jak i społeczno-historyczny kontekst. Historycznie rzecz ujmując, Quebonafide odwołuje się do rasizmu i segregacji, przy czym przywołuje takie postacie jak np. Nelson Mandela, który zasłynął jako historyczny przywódca walki z apartheidem. Co prawda w obecnym świecie wywalczono ową wolność, jednak codzienna rzeczywistość ujawnia brutalną prawdę i to właśnie podkreśla Kuba. Raper zauważa, że zachodni model bycia nie daje prawdziwego szczęścia i spełnienia, a iFani wzmacnia ten przekaz, odrzucając gonitwę za pieniędzmi.
C’est la Vie
„To jest życie” jest dobrą muzykalnie średnią braggą. Już spieszę z wyjaśnieniem. Jak na braggadocio przystało, numer jest o przechwałkach, ale niestety rdzennie powinien odnosić się do rapowych umiejętności, a nie jak w przypadku Quebonafide-pazerności. Kuba jednak w pewnym stopniu wychodzi z tego obronną ręką, bo analogie nie są tu przypadkowe. Jak wspomniałem, chodzi o materializm, który ma swoje korzenie w tak zwanych francuskich domach mody. Już na początku, czyli w drugim wersie widzimy albo raczej słyszymy (w zależności od mediów) „Jadę czwarty raz w tym roku, by zobaczyć Paryż”. Dlaczego Quebonafide powiązał akurat Francję z popularnym motywem „kiedyś nie miałem, dzisiaj mam”? Odpowiedź jest prosta. Ten europejski kraj bardzo łatwo utożsamić z modą przez jego historię, ale też i współczesność, w końcu to tutaj odbywa się Paris Fashion Week. To właśnie stąd wywodzi się Chanel, Dior czy LV. Jak już wiemy, że zwrot elegancja Francja nie wziął się znikąd, to możemy wrócić do tematu. Kuba używa ironii. Daje do zrozumienia, że nowi słuchacze (jak na tamte czasy) traktują go jak, pozwólcie, że użyję rapowego terminu – banana. Jednak prawda jest zgoła inna. Coś, co mi umknęło aż do dzisiaj, to gra słowna w wersie „Co? Co? Co? Co? Kochanie, oddam ci wszystko, serio, nawet Coco Chanel”. Według niektórych te początkowe zapytania mają odnosić się właśnie do marki. Druga zwrotka rzuca nieco inny cień, bo Que chce dać do zrozumienia, że nadal jest, pisząc kolokwialnie normalny, widać to w wersach „Masz problem, no tak, bo twój chłopak się buja w Tommy’m […] Nie muszę się […] stroić, żeby wyglądać jak kot, no bo mój team […] się jak drop od Supreme. Żadne logo czy coś – byle luz był”. Tutaj raper kładzie akcent już bardziej na umiejętności niż ubrania. No i oczywiście z ratunkiem całego numeru przychodzi nam końcówka, która ma świadczyć o byle jakim podejściu Kuby do ciuchów „Wkładam jak, leci, ale te buty z tą bluzą to overmatching”. Czy Que szuka życia w materializmie? Zdecydowanie nie, ale jak na moje jest to jeden z przystanków w jego odnajdywaniu siebie czyt. homo viator. Taka cząstka odnosi się do niego samego w większym lub mniejszym stopniu, więc jest procesem poznawania siebie. Co z kolei pozwala nam myśleć, że Paryż jest częścią motywu pielgrzyma.
Zorza
Utwór dla filmowych wyjadaczy. Dlaczego tak nazywam Zorzę? Dlatego, że słuchaczy nie oczarował jedynie tekst, ale też klip, który jest powiedzieć zdawkowo magiczny. Zorza jest chyba najkrótszym utworem Egzotyki, jednak to nie przeszkadza, żeby był jednym z najbardziej charakterystycznych i najbardziej rozpoznawalnych utworów albumu. Również i ja nie mogę przejść obojętnie przy opisywaniu utworu koło malowniczych krajobrazów Islandii, które stanowią idealne tło do chłodnego tekstu. W klipie na przemian dostajemy wodospady, lodowce, ale też dzikie konie i pastwiska, a kolorystyka utrzymana jest w zimnym tonie. Podobnie jak tekst, jeżeli takowy posiadałby paletę barw. W utworze Kuba się uzewnętrznia. Opowiada o swoich dziecięcych traumach, powraca do rodzinnego Ciechanowa i wspomina doświadczenie przemocy domowej, co było charakterystyczne dla blokowisk, a jedyne co mu towarzyszyło to marzenie o zniknięciu. Można mieć wrażenie, że jego fobie dorastają i przedostają się do dorosłego życia. Chodzi mi dokładniej, że Kuba uderza w idealizowany wizerunek gwiazdy i rozbija ją o stresującą rozrywkową rzeczywistość, w której pojawiają się osoby, które domagają się potknięcia. Tekst charakteryzuje się także wysoką determinacją głównego bohatera, bo Que odrzuca presję opinii publicznej. W gruncie rzeczy trudna ścieżka, którą obrał, dała owoce, bo utwór kończy słowami „Życie piękne mam jak Islandia”. Tego numeru nie da się przestać słuchać, ale też i oglądać.
Między słowami
Każdy z nas musi się kiedyś zmierzyć z samotnością, a wynikiem tego starcia w przypadku Quebonafide jest właśnie Między słowami. Ten utwór również jest mi bliski z wielu powodów, a to, że byłem fanem kultury japońskiej, jest jednym z nich. Zacznę może od tytułu, bo inteligencja Kuby specjalnie zostawia nam ślady, których powolne odkrywanie jest rarytasem dla słuchaczy w tym i mnie. Jako fetyszysta intertekstualizmów (mówię to w żarcie) muszę przytoczyć tytuł, który jest oczywistym nawiązaniem do japońsko-amerykańskiego filmu pt. Między słowami, w którym główną rolę gra Bill Murray. Kuba utożsamia się z postacią, ze względu na poczucie zguby w gigantycznej metropolii. Raper zwraca uwagę na chłodny i dystansujący charakter japońskiego społeczeństwa. Świat jest cyfrową pustynią, stąd nawiązanie do serialu Mr. Robot. Podkreśla również, że to, co miało łączyć (czyli technologia), ludzi jedynie dzieli, sprawia, że rezygnujemy z autentycznej bliskości. Utwór jest swojego rodzaju wizytówką Japonii, która oczami turysty przypomina miejsce wyjęte z sci-fi, jednak po faktycznym zderzeniu jest urzeczywistnieniem społeczeństwa, które było na tyle wyalienowane, że zaczęło wymyślać semantykę do określenia tego stanu tj. karoshi (wypalenie zawodowe)oraz hikikomori (dobrowolna izolacja). Pokazuje to, że Japonia jest sterylna jako państwo, ale także i w relacjach. To, że Quebonafide nie potrafi znaleźć spokoju w medytacji, w na pozór mieście, które powinno być duchowe, daje wrażenie nie stałego miejsca, a jedynie przystanku na egoztycznym homo viator.
Arabska noc
Kim byłby raper bez zioła? Prawdopodobnie raperem bez zioła, ale wiecie, co mam na myśli. Nie będę przytaczał całej historii rapu, w którym tłumaczę, że zamiłowanie do konopi jest rdzeniem kultury rapowej, wywodzącej się z jazzu. Po tym humorystycznym wstępie możecie już wywnioskować, o czym jest Arabska noc autorstwa Quebonafide oczywiście z gościnką Wac Toji i Solara. Jak przystało na Egzotykę w części Solara mamy zarówno refleksję, jak i krytykę. Trochę ironiczne jest to, że raperzy punktują materializm, samemu będąc jego częścią, ale najważniejszym spostrzeżeniem współtwórcy SBM są uprzedzenia, z którymi sam przyjechał. Kuba rozbija te stereotypy za pomocą ironii, koniec utworu jest tego dobrym przykładem. Wac Toja z kolei reprezentuje beztroskiego turystę, który charakteryzuje się hedonistyczną postawą, a rapowy trip jest dla niego okazją ucieczki od codziennego życia, czy imprezowania, a nawet „kosztowania rdzenia rapu”. Byłbym ignorantem, gdybym nie chciał przeanalizować tego utworu bardziej, ale tematyka jest na tyle trywialna, że chyba jednak sobie pozwolę i skrócę wywód do trzech zdań. Solar prezentuje socjologiczno-publicystyczną pespektywę. Fragment Wac Tojji jest czystą ekspresją, a Quebonafide dekonstrukcją iluzji. Choć patrząc na to przez pryzmat aktualnych czasów, nie byłbym zgodny w stu procentach.
To nie jest hip-hop
Paradoks, z którym trudno się zgodzić. Z tego, co pamiętam, tytuł jest odpowiedzią na beef ze strony jednego z dinozaurów polskiego rapu, czyli PIH’a, który komentując zagrywki Kuby, powiedział „To nie jest hip-hop”. Muszę przyznać, że Quebonafide zagrał mu trochę na nosie, zapraszając na utwór niejakiego KRS-One’a. Kim jest KRS-One, pewnie zapytacie, no i oczywiście odpowiem Wam na to pytanie. Lawrence Parker, bo tak nazywa się raper, jest jedną z najważniejszych i najbardziej wpływowych postaci w historii muzyki hip-hopowej. Do tego dochodzi bycie producentem i aktywizm społeczny. Jak możemy przeczytać w sieci „ze względu na swoją misyjną twórczość, autorytet oraz edukacyjny wymiar tekstów nosi przydomek „The Teacha” (Nauczyciel)”. KRS-One zasłynął również jako wybitny mówca, który wielokrotnie prowadził wykłady na amerykańskich uniwersytetach na temat socjologii, polityki i historii kultury ulicznej. Tak dochodzimy do momentu, w którym nie tylko Que powiedział PIHowi, że to jest hip-hop, ale zrobił to również i KRS-One. W tym przypadku Kuba pokazuje też, że inteligencją też jest trochę nad blokersami, bo przekształcił krytyczny atak w chwytliwy tytuł, który stał się motywem przewodnim. Zapomniałem wspomnieć, że w tym przypadku jednym z przystanków jest USA. Tym samym raper zamknął usta krytykom, którzy kwestionują jego przynależność do kultury. Co do samego tekstu to można powiedzieć, że Kuba zderza ze sobą przeszłość z teraźniejszością, a do wszystkiego doszedł sam. W utworze znajdziemy też nawiązania do np. Snoop Dogga, czy 2Paca, żeby ugruntować swoją pozycję jako rapera. Jednak w tym wszystkim warto zaznaczyć, że numer stał się kultowy nie ze względu na tekst czy wokal, a raczej beef. Numer jeden z lepszych.
Bumerang
Niesamowity utwór, który zyskał moją dezaprobatę jednym z wersów, ale zaraz do tego przejdziemy. Bumerang powstał na kanwie pobytu w Australii, stąd nawiązanie do jednego z atrybutów rdzennych mieszkańców tego kraju. Nie wiem, czy pierwszy raz wspominam w przypadku Que o symbolizmie, bo jest go wiele we wszystkich utworach, ale tutaj na pewno gra pierwsze skrzypce. Tytułowy bumerang odnosi się do przekonania, że „los wraca”. Jednak podobnie jak w Zorzy mamy tu sporo determinacji, bo autor podkreśla, że nigdy nie wróci do miejsca, w którym był, mając na myśli zarówno stan materialny, jak i dawne problemy. Kuba zgrabnie przemyca lokalne motywy takie jak didgeridoo, kangur, koala i ptak kiwi, dodaje do tego kulturę np. maoryski taniec haka, ale ja mam wrażenie, że dlatego, że przygotował się do tego numeru, znaczy, zaznał kultury, o której chciał opowiedzieć. Świadczy o tym też wzmianka o tamtejszej trudnej historii, czyli kolonializmie. Znajdziemy tutaj również powszechny kontrast między wolnością a materializmem. Skąd moja niechęć do tego numeru, wszystko za pośrednictwem wersów, które mają obrazować Boga jako „garść lęków”, które potem dodaje, odrzuca. Utwór pompatyczny i dający wewnętrzną moc, ale zdecydowanie nie dla mnie.
Odyseusz
O czym traktuje mityczny król Itaki? Quebonafide nie tylko nazywa samego siebie Odyseuszem, ale swoimi osiągnięciami przejmuje jego cechy. Jedynie niezgodnym faktem jest powód tułaczki. Problematykę herosa można rozważać na wielu płaszczyznach. Dla niego wędrówka była próbą i transformacją. Jego droga była długa, ale dlatego, że musiał przejść przez serię doświadczeń takich jak luksus, pokusy, cierpienie. Daje nam to obraz wojownika, który musiał dojrzeć. Kolejnym wątkiem jest tęsknota, bo mimo że Odyseusz miewał przygody, to odrzucał pokusy ze względu na wierność w stosunku do swojego miejsca. Pozostaje też aspekt wędrówki wewnętrznej i obecna w obu przypadkach determinacja, jednak to, w jakiej formie pozostawiam do dyskusji. Subiektywnie rzecz ujmując, nie ma lepszego porównania do przebytej drogi niż ta homerycka. Utwór pełni rolę sprawozdania z podróży, a każdy kolejny wers odnosi się do coraz to innej przygody. Jego podsumowanie jest dowodem dojrzałości przez zdobyte doświadczenia i posiadanie wiedzy, która pozwala mu skonfrontować polski świat z tymi innymi. Chociaż minęło sporo czasu od powstania Egzotyki, nie byłbym sobą, gdybym nie powiedział, że jest to jeden z najlepszych, przepraszam NAJLEPSZYCH konceptualnych albumów, które powstały.
Podsumowanie
Po wielu krokach w postaci słów w końcu i ja musiałem dobrnąć do końca. Nie lubię podsumowań, bo ciężko je się komponuje, a w pisaniu o czymś, najciekawsze jest rozważanie danego tematu. Chcę przez to powiedzieć, że wolę treść rozmowy niż jej zakończenie. Do tematu, co Kubie tak naprawdę dała Egzotyka, oprócz fenomenalnej kariery? Przede wszystkim zmusiła go do refleksji nad pieniądzem i obnażenie własnej hipokryzji. Poznał też świat w pełnym antropologicznym wymiarze, bo zderzył się z brutalną rzeczywistością i dostrzegł wiele paradoksów. Przepracował swoje traumy razem z poczuciem samotności, a ostatecznie w dążeniu do wolności osiągnął dojrzałość. Tak jawi się homo viator Kuby Grabowskiego, w sferze sacrum i profanum.






